
Nie żartuję. Kasyno w Konstancy otworzyli dwa tygodnie przed naszym przyjazdem do Rumunii. Przypadek? Nie sądzę.
Po tylu latach remontu, zabezpieczania, planów, obietnic i rusztowań – nagle, jakby tylko czekało, aż w końcu zaparkujemy obiektywy na promenadzie.
Kolejki? Koszmarne. Jeśli ktoś planuje wizytę – zróbcie rezerwację online, zanim będziecie przeklinać własne życie w pełnym słońcu Morza Czarnego.
Ale wiecie co? Wyjść i tak nie dało się nie dlatego, że były bariery czy tłumy – tylko dlatego, że nie dało się oderwać oka od detali.
Kilka szczegółów o samym kasynie:
Cazinoul powstał w 1910 roku według projektu Daniela Renarda – tego samego, który miał obsesję na punkcie secesyjnych fal, muszli i ornamentów. Idealnie, bo wszystko tu wygląda, jakby miało zaraz ożyć i zatańczyć w rytmie morza.
W czasie I wojny światowej budynek zamieniono w szpital wojskowy. Po wojnie znów wrócił do błysku i hazardu, a potem – w czasach komunistycznych – do… Domu Kultury.
Remont trwał pięć lat i kosztował ponad 40 milionów euro. Wymieniono wszystko: od mozaik i witraży, po konstrukcję stalową i gzymsy.
Mówią, że teraz przetrwa kolejne sto lat – o ile turyści nie sfotografują go na śmierć.
Dziś to świątynia kultury, koncertów, wystaw i (oczywiście) kadrów.
W pierwszych dniach po otwarciu przewinęło się ponad 10 tysięcy osób. Limit 240 osób na godzinę i tak nie wystarczył, bo wszyscy chcieli stanąć pod tą legendarną kopułą i powiedzieć: „wow”.
