Jako kuratorka konkursu fotograficznego usłyszałam ostatnio coś, co mnie kompletnie zaskoczyło.
Jedna z uczestniczek powiedziała:
„Nie zgłosiłam się w tym roku, bo trzeba dać szansę innym.”

Na chwilę mnie zatkało. Nie dlatego, że to coś obraźliwego — tylko dlatego, że to… zupełne nieporozumienie.

Konkursy nie istnieją po to, żeby komuś „dać szansę”. One są po to, żeby tę szansę wziąć.
Żeby się sprawdzić, pokazać, co potrafisz, skonfrontować swój sposób patrzenia ze spojrzeniem innych. Rywalizacja nie odbiera szans – ona je tworzy. Bez niej fotografia staje się grzeczna, letnia, pozbawiona energii.

I powiem szczerze – jako fotografka, ja też startuję. Wciąż. Czasem wygrywam, czasem nie. Ale to zawsze coś daje. Nie chodzi tylko o nagrody. Chodzi o emocje, które towarzyszą zgłoszeniu. O to delikatne napięcie, gdy wysyłasz zdjęcie i myślisz: czy to zadziała? czy poruszy?

A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym najlepsi nie startują, bo „trzeba dać innym szansę”.
Brzmi szlachetnie, ale w praktyce to odbiera radość wszystkim. Bo gdzie frajda z wygranej, jeśli nie ma z kim się ścigać? Gdzie satysfakcja z rozwoju, jeśli poprzeczka została zdjęta, żeby było łatwiej?
Bez silnych uczestników konkurs zamienia się w galerię grzecznych zdjęć. W rywalizację, której nikt tak naprawdę nie chce wygrać.

Rywalizacja to nie agresja. To pasja. To motor, który napędza nas do uczenia się, do poszukiwania lepszego światła, bardziej szczerego momentu, mocniejszej historii. Każde zdjęcie, które wysyłamy, to krok naprzód — nawet jeśli nie dostanie wyróżnienia.

Więc jeśli ktoś mówi:

„Nie startuję, bo nie chcę zabierać innym szansy,”

to może warto odpowiedzieć:

„Właśnie startując, dajesz im prawdziwą szansę – na naukę, inspirację, motywację.”

Bo fotografia nie jest konkursem piękności. To rozmowa obrazami, wymiana energii, emocji, doświadczenia.
Nie bójmy się konfrontacji — to ona sprawia, że wszyscy stajemy się lepsi.