(i kilka słów o ISO, które płakało)

Pod ziemią światło wcale nie milknie. Ono szeleścii, mruga, zgrywa się i robi absolutnie wszystko, żeby sprawdzić, czy fotograf ma jeszcze nerwy na miejscu. A w Salinie Turda — największej i najbardziej futurystycznej kopalni soli w Rumunii — robi to szczególnie chętnie.

Zeszliśmy tam całą rodziną: ja, mój mąż i nasza nastoletnia córka i okazało się, że każde z nas inaczej czyta światło, jak próbujemy rozebrać tę samą przestrzeń na obrazy — każdy po swojemu.

Trochę kontekstu, zanim światło zacznie swoje popisy

Salina Turda to kopalnia, której początki sięgają średniowiecza, a współczesna forma — przypominająca scenografię z filmu science fiction — to efekt rewitalizacji.
Główna komora, Terezia, ma ponad 120 metrów głębokości, a jej wnętrze zdobią futurystyczne altany, pomosty i te słynne wiszące lampy, które fotografowie jednocześnie kochają i przeklinają.

Powietrze jest tu tak czyste, że człowiek oddycha jakby łatwiej — sól działa jak naturalny filtr, więc jeśli masz alergie, astmę lub zwyczajny brak cierpliwości do smogu, to kopalnia oferuje krótkie wakacje dla płuc.

Tylko szkoda, że nie oferuje wakacji dla ISO.

 

Warunki oświetlenia: oficjalnie wpisane do Księgi Grzechów Fotograficznych

Światło w Salinie to mieszanka:

  • zimnych, punktowych LED-ów,

  • ciemności gęstej jak aksamit,

  • miejscami refleksów odbijających się od słonych ścian jak w nieudanej sesji glamour,

  • i sporadycznych „światełek nadziei”, które niby mają pomagać, ale zwykle tylko udają, że istnieją.

Balans bieli?
Zmienia się co dwa kroki.

Ekspozycja?
Ja ustawiam jedno, córka drugie a mąż na kamerce zupełnie coś innego — i każde z nas ma rację… w innym miejscu komory.

ISO?
Chodzi na takich wartościach, przy których normalnie używałabym słów, których damie używać używać nie wypada.

Migawka?
Dłuższa ekspozycja kusi, ale każde drgnienie robi z kadru impresjonistyczny hołd dla Moneta.

Stabilizacja?

 

Chodzi na pełnych obrotach. Ale pod ziemią stabilizuje się głównie… charakter.

I jednak coś z tego światła powstaje

W tym całym chaosie jest coś pięknego: to nie są łatwe zdjęcia, ale za to są uczciwe. Wypracowane. Wymuszone przez miejsce, które szanuje tylko tych fotografów, którzy się nie poddają po pierwszym „za ciemno”, „za zimno”, albo „czy to już maksymalne ISO, czy aparat szykuje się do odlotu?”.

Córka fotografowała upartym, młodzieńczym perfekcjonizmem.
Mąż próbował ujarzmić przestrzeń podejściem: „zróbmy to po inżyniersku, od lewej do prawej”.
A ja… próbowałam dogadać się ze światłem. Bez przekonania, że to rozmowa partnerska — bardziej jak negocjacje z kotem czy nastolatkiem: czasem coś zrozumie, ale na pewno nie dlatego, że mu kazano.

A jednak wróciłam z kadrami, których nie wymyśliłabym nigdzie indziej.

Może to ta przestrzeń, może to czyste powietrze, a może świadomość, że fotografowanie pod ziemią to trochę jak próba zapisania szeptu — trudna, kapryśna i niesamowicie satysfakcjonująca.

Pod ziemią łatwiej się oddycha.
Ale trudniej fotografuje.
I właśnie dlatego warto tam zejść. Zresztą sami zobaczcie.