
Miasto, które podobno trzeba odwiedzić będąc w Dalmacji. Znane, stare, fotogeniczne aż boli i w sezonie… oblegane straszliwie. Ale my, sprytni, wybraliśmy się zimą – czyli wtedy, gdy turyści znikają, a właściciele restauracji wyglądają zza winkla z menu i uśmiechem w stylu: „chodźcie, dziś wszystko grillowane i za pół ceny”.
Grillowane kalmary? O tak. Mniam. A do tego brak kolejek, puste uliczki i ten cudowny moment, gdy możesz zrobić zdjęcie zabytkowej bramy bez dziesięciu plecaków w tle.
Oczywiście, są też „uroki” poza sezonu. Np. średniowieczny system płatności: „no card – cash only”. I to nie „czasem”, tylko wszędzie. Jeśli masz tylko kartę, to możesz co najwyżej pogłaskać witrynę. Ostatecznie płaciliśmy złotówkami za lody, bo gotówka w euro się skończyła – pyszne były 🙂
Dubrownik to dla mnie przede wszystkim miasto schodów. Serio, nie wiem, czy ktoś tam kiedyś liczył ilość stopni, ale podejrzewam, że mogliby spokojnie konkurować z Himalajami. Wąskie uliczki, małe placyki i dzieci grające w piłkę absolutnie wszędzie – nawet jeśli bramką jest ściana kościoła z XVI wieku. Wyobrażacie sobie kogoś grającego w nogę pod Kościołem Mariackim w Krakowie? No właśnie. A tam – normalka.
Niebo zimą? Nudne, bez dramatu, bez chmur godnych tapety Windowsa. Ale za to mury – piękne. Monumentalne, z charakterem, takie „pozuj mi” w wersji kamiennej. A kiedy idziesz nimi samotnie, czujesz się trochę jakbyś był w jakimś serialu fantasy.
A propos: nie oglądałam „Gry o Tron”. Ani minuty. Wiem, że Dubrownik grał, ale nie pytajcie mnie o sceny ani lokacje. Nie wiem. Pewnie nie sfotografowałam niczego, co fani by rozpoznali. Ale i tak zrobiłam swoje: patrzyłam, klikałam, zachwycałam się.
Więc jeśli chcecie zobaczyć Dubrownik inaczej – bez tłumów, bez kolejek i z lodami za złotówki w lutym – zapraszam do obejrzenia mojego spojrzenia na to miasto. Tylko weźcie gotówkę. Dużo gotówki.
