Czasem ktoś, patrząc na moje zdjęcia z koncertu, teatralnej premiery albo innego wydarzenia, rzuci z zachwytem:
„Wow, ale musiałaś mieć frajdę!”
Albo: „Super, że widziałaś to na żywo!”
I wtedy się uśmiecham. Tak… widziałam. W wizjerze. Przez 1/500 sekundy. Kilkaset razy.

Prawda jest taka, że kiedy fotografuję wydarzenie – koncert, spektakl, cokolwiek – to nie słucham muzyki i nie oglądam sztuki. Nie jestem tam jako odbiorczyni. Nie relaksuję się. Nie przeżywam. Nie wzruszam się ani nie bujam w rytm.
Pracuję.

A praca wygląda tak: przewiduję ruch, analizuję światło (czyli jego brak, jego zmienność, jego dramatyczne przeskoki). Poluję na momenty. Na gest, spojrzenie, refleks, cień.
Mam w uszach zatyczki, bo decybele na scenie potrafią być bardziej agresywne niż metalowe riffy. A ja muszę zachować skupienie – i zdrowie.
To nie jest kontemplacja sztuki. To szybka analiza sytuacji i reakcja w ułamku sekundy. Czasem przypomina to grę w szachy z mrugającym światłem stroboskopowym.

I nie zrozumcie mnie źle – kocham to. Uwielbiam ten stan pełnej koncentracji, tę nieustanną pogoń za tym jednym kadrem, którego nikt inny nie zauważył. Ten błysk w oku muzyka, to światło na włosach aktorki, ten cień, który na sekundę stworzył kompozycję idealną.

Ale to nie jest „słuchanie koncertu”.
To nie jest „bycie na spektaklu”.
To jest bycie w swoim tunelu fotograficznym.

Dlatego, kiedy naprawdę chcę posłuchać muzyki zostawiam aparat w domu. Nie wyciągam go nawet z torby.
Bo wtedy chcę być po tej drugiej stronie – tej, która czuje i przeżywa, a nie tej, która rejestruje.

Więc tak – jeśli widzisz mnie z aparatem, to jestem w pracy. W swoim żywiole. Ale nie pytaj mnie potem, jak brzmiał koncert. Ja wiem tylko, jak wyglądał.

I jeszcze przypomnienie o tym, że praca fotografa nie kończy się gdy umilkną brawa po przedstawieniu Fotograf już skończył? Ha ha ha … dobre sobie! – katula